Miasto. Ponad milion mieszkańców, a może i dwa, ale niezameldowanych. Warszawa, stolica, a dla niektórych centrum i pępek świata. Tu mieszkam.
Pochodzę z Buska-Zdroju, ale od kilku dobrych lat mieszkam i pracuję w Warszawie. Żegnając się z buskim liceum, nie planowałem, że zacznę studiować i pracować w stolicy. Składałem papiery na politologię w Kielcach i filozofię w Krakowie. Na końcu zdecydowałem się też na danie szansy Warszawie. I ona wygrała. Pierwsze lata to początkowa niepewność, później zachwyt wielkim miastem, doskonała ekwilibrystyka połączenia studiów dziennych i pracy. A później to już z górki.
Dlaczego w ogóle zacząłem pracować na studiach? W wypowiedziach na forum portalu Gazeta.pl pojawiał się argument, że studiowanie w Kielcach jest tańsze niż w innych miastach. Oczywiście, jest to argument, ale dla mnie zupełnie nietrafiony i nieprawdziwy. Naprawdę żaden student nie może połączyć pracy ze studiami dziennymi? Studia od 8 do 14, praca od 15 do 21? Nie da się? Da się, jestem tego najlepszym przykładem. Oczywiście, praca w tych godzinach do najbardziej ambitnych nie należy, ale nie miała dostarczyć doznań estetycznych, tylko po prostu pieniędzy. Z biegiem czasu zmieniałem pracę na bardziej ambitną, nie zapominając o tym, co było priorytetem - o studiach.
Dlaczego jednak nie wybrałem Kielc? Sądzę, że mając do wyboru politologię w Kielcach oraz politologię w Krakowie lub Warszawie, każdy wybrałby większe miasto. Nie trzeba wyjaśniać powodów, czyli marki większego ośrodka, historii, sławnych nazwisk z pierwszych stron gazet. Ale i trzeba zastanowić się wobec tego, co pozostaje Kielcom. A pozostaje specjalizacja. Panie Mariuszu [Mariusz Prystupa, absolwent politologii na Akademii Świętokrzyskiej, a potem student architektury w Aarhus Tekniske Skole w Danii, którego tekst rozpoczął naszą akcję - przyp. red.], dlaczego Pan wybrał Kielce? Nie wspomniał Pan ani słowem o tym. Może dlatego, że bliżej do domu, a może że egzaminy były łatwiejsze, może nie chciał Pan się napracować? Nie znam programu studiów kieleckich, ale śmiem twierdzić, że jest łatwiej niż w markowym politologicznym ośrodku. Na markę pracuje się dziesiątki lat. Czy studia w Warszawie są lepsze? Nie wiem, być może są na takim samym poziomie, ale zwrot "politolog z Kielc" i "politolog z Krakowa" znaczą prawie to samo. A prawie robi różnicę.
Wobec tego, jaką przyszłość mają Kielce? Moim zdaniem: specjalizację. Rozumiem, że za studentami idą pieniądze. Czy z budżetu państwa, czy z budżetu kieszeni samych żaków. Rolą kieleckiej kadry naukowej nie powinno być tylko zarabianie pieniędzy dla swojej uczelni, ale przede wszystkim kształcenie przyszłych elit. Tak, studia są po to, aby kształtować te elity, które wyjadą albo będą pracowały, jak to się górnolotnie i pięknie mówi, dla dobra Świętokrzyskiego. Nie zazdroszczę radom wydziałowym, rektorom i dziekanom, którzy zawierają kompromisy pomiędzy rachunkiem ekonomicznym a naukowym. Ale proponuję wam, drodzy naukowcy, zastanówcie się, czy na kieleckich markowych uczelniach potrzebne są kierunki powielane w każdej szkole wyższej. Czy nie lepiej zastanowić się nad bardziej elitarnymi studiami specjalistycznymi? Politologia pięknie wygląda na dyplomie, ale czy się przyda w życiu? Wątpię. Czy nie lepiej zorganizować studia przygotowujące ludzi do pracy w instytucjach województwa świętokrzyskiego lub działających na tym terenie firmach? Administracja samorządowa, prawo lokalne, europeistyka z naciskiem na konsumowanie środków unijnych, zarządzanie w ochronie zdrowia, zdrowie publiczne - to kierunki, jakie widziałbym w Kielcach. Czy naprawdę potrzebujemy politologów i ekspertów w dziedzinie Komunikatów Rady Europejskiej dotyczących połowów makreli? Potrzebujemy ludzi, którzy wyciągną województwo o szczebel wyżej w rankingach. Nie na darmo Świętokrzyskie konsumuje środki unijne dla Polski wschodniej. Tak, nasze województwo zaliczane jest często do klasy B. Kiedy będziemy klasą A i dzięki komu?
Mając bagaż doświadczeń zawodowych, byłem zaszczycony prowadzeniem zajęć na Uniwersytecie Jana Kochanowskiego w Kielcach. Prowadziłem wcześniej krótkie wykłady szkoleniowe, ale nie spodziewałem się, że ćwiczenia ze studentami przez cały semestr to ciężki kawałek chleba. Konieczność ciągłej nauki, przygotowywania materiałów i prezentacji wymagają wielkiego samozaparcia. A największą trudnością jest chyba namówienie samych studentów do aktywności. Ręka do góry, komu się chce być aktywnym na zajęciach w weekendy. Mało rąk.
Dlaczego w ogóle przyjąłem tę propozycję? Przyjazdy z Warszawy, prowadzenie zajęć w sobotę i niedzielę uniemożliwiają weekendowy odpoczynek. Warto? Warto przyjeżdżać. Nie dla pieniędzy, ale tylko wyłącznie dla satysfakcji, że spłacam swego rodzaju dług moim rodzinnym stronom. Zastanawiam się tylko, czy ci, którzy wykładają na kieleckich uczelniach, myślą w podobny sposób. Czy ci, którzy uczą ludzi pamięciowo, nakazując wkuwanie paragrafów na pamięć, nie chcą czy nie potrafią uczyć w inny sposób?
Oczywiście, na każdych studiach są wybitni, dobrzy i naganni prowadzący. Tak jak na każdych studiach są wybitni, dobrzy i naganni studenci. Ale zwróćmy uwagę na to, że wykładowców jest o wiele mniej. Jeśli na roku jest ich 10 i 100 studentów, to zakładając 10 procent czarnych owiec, znajdzie się jeden zły wykładowca i 10 studentów. Kto będzie bardziej poszkodowany tym, nomen omen, stosunkiem? To wykładowcy zapamiętają, że studenci są źli, nieaktywni i oszukujący, chcąc zaliczyć zajęcia jak najmniejszym nakładem sił i środków.
Z doświadczenia wiem, że prace w grupach są najcięższym kawałkiem chleba, że na 100 osób e-maile podało mi 60, wobec tego, w jaki sposób można udostępnić materiały studentom studiów niestacjonarnych? Wysyłać poleconymi? Swoim studentom zapowiedziałem, że lista obecności nie jest dla mnie niezbędnym wyznacznikiem oceny końcowej, liczy się aktywność i prace. I co się okazało: pewnego pięknego poranka 16 osób na sali zwróciło listę z 25 podpisami. Na pytanie, czy ktoś ze studentów cierpi na rozdwojenie jaźni, rozległa się cisza. Po ponownym wpisaniu na listę obecności wróciło już tylko 16 nazwisk. A byli to ludzie grubo po trzydziestce. Jeśli tak studenci traktują prowadzących, to czy kredyt zaufania dla studentów jest możliwy?
Cieszę się z akcji "Gazety" dotyczącej szkolnictwa. Ale owa "Wyższa Szkoła Wstydu" funkcjonuje nie tylko dzięki studentom, ale i wykładającym tak osobom, przepisom, polityce edukacyjnej regionu. Nie mając wpływu na cały świat, postarajmy się choć uprzątnąć nasze podwórko.
* Grzegorz Furgał jest absolwentem dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim, byłym dziennikarzem prasowym i telewizyjnym, pracował też w Ministerstwie Zdrowia, Narodowym Funduszu Zdrowia. Teraz odpowiada za kontakty z mediami w Centrum Systemów Informacyjnych Ochrony Zdrowia w Warszawie. W semestrze letnim prowadził zajęcia na studiach podyplomowych Wydziału Nauk o Zdrowiu Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach.
"Wyższa Szkoła Wstydu"
Tak nazywa się akcja, w której dyskutujemy na temat jakości kształcenia w szkołach wyższych. Czekamy na kolejne opinie osób związanych ze świętokrzyskimi uczelniami: studentów, absolwentów oraz pracowników. Dzwońcie pod numer telefonu 041 249 83 03 albo piszcie: redakcja@kielce.agora.pl lub "Gazeta Wyborcza", Rynek 16, 25-303 Kielce.
Źródło: Gazeta Wyborcza Kielce