Urzędy, banki, prokuratury. Kto się nabrał na Herolda Sarida
06.02.2012
, aktualizacja: 05.02.2012 18:18
Tysiące listów rozsyłają od lat polskie urzędy, banki, szkoły, a nawet prokuratury, by spełnić marzenie chorego chłopca Herolda Sarida. Jest tylko jeden problem - ktoś taki nie istnieje...
ZOBACZ TAKŻE
- Kolejne szkoły zamknięte z powodu mrozu (06-02-12, 14:43)
- Potrzebni chętni do bicia bańkowego rekordu Guinnessa [wideo] (06-02-12, 14:00)
- Wpadł pijany pseudopolicjant. Przez dzieci i sąsiadów (06-02-12, 11:50)
- Sukces Hotelu Odyssey [wideo] (06-02-12, 09:30)
- Ważny sygnał z Brukseli. Pozwolą nam wydać 100 mln zł? (06-02-12, 08:00)
- Wybuch w Ostrowcu Świętokrzyskim. Nie wytrzymał piec centralnego ogrzewania (06-02-12, 07:51)
- Zwolnienia w ŚCO. Zaczęli od sekretarek medycznych (06-02-12, 07:00)
- Po latach w Kielcach znów pobiegniemy na nartach (06-02-12, 06:00)
- Polmozbyt znacznie potaniał. Nowa wycena działki (06-02-12, 06:00)
- Przedsiębiorcy protestują: Podwyżka podatków była spóźniona (06-02-12, 05:00)
SERWISY
- Wie pani, sekretarka mi to przyniosła i namówiła, abyśmy wysłali te listy. Poszłam za ciosem i podpisałam, chodziło przecież o chore dziecko - przyznaje Elżbieta Pędzik, wicedyrektor Teatru im. Żeromskiego w Kielcach.
- Zastanawialiśmy się co z tym zrobić, ale prośba przyszła z poważnej instytucji, bo z prokuratury więc na zasadzie zaufania my też zdecydowaliśmy wysłać te listy. Nawet pamiętam, że dzwoniliśmy do innych urzędów i okazało się, że oni też je wysyłają - opowiada Agnieszka Minkina, sekretarz gminy Waśniów.
W ostatnim czasie dwadzieścia takich samych listów wysłali też starosta kielecki, gmina Sitkówka-Nowiny, filia banku spółdzielczego w Kielcach, VI LO im. Słowackiego czy Szkoła Podstawowa nr 18. I setki innych instytucji w całym kraju.
To klasyczny łańcuszek "prześlij dalej" tyle, że w formie papierowej. Pismo przewodnie brzmi: "Za pośrednictwem (tu pada nazwisko szefa poważnej instytucji) otrzymaliśmy prośbę chłopca Herolda Sarida, cierpiącego na nieuleczalną chorobę nowotworową, którego marzeniem jest wpisanie się do Księgi Rekordów Guinessa. W celu realizacji tego marzenia musi on nawiązać kontakt z jak największą ilością instytucji i urzędów. Aby wesprzeć chłopca w realizacji marzenia prosimy o przesłanie załączonych pism do 20 instytucji bądź urzędów. Będziemy wdzięczni za kontynuowanie tego listu, którego cykl nie został dotychczas przerwany."
I może się nigdy nie skończyć, bo zdecydowana większość instytucji odpowiada na apel Herolda i wysyła po 20 listów do kolejnych urzędów.
Z jednej strony trudno się dziwić - cel szczytny, a koszty niewielkie. Tyle tylko, że Herold Sarid nie istnieje. Wystarczy wpisać w wyszukiwarkę jego nazwisko i szybko okazuje się, że chłopiec i jego marzenie to fikcja. Zjawisko na swojej stronie internetowej poświęconej łańcuszkom i legendom miejskim atrapa.net opisał dr Filip Graliński z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu.
W rzeczywistości w Wielkiej Brytanii istnieje ktoś taki jak Craig Shergold, który w 1989 roku jako ośmiolatek zachorował na raka mózgu, a jego przyjaciele wpadli na pomysł masowego wysyłania mu pocztówek z życzeniami. Tak, by Craig pobił rekord Guinnessa w liczbie otrzymanych kartek. W ciągu roku chłopiec dostał ich ponad milion. Powstał nawet o tym film "The Miracle of the cards".
Dziś Craig Shergold jest już po trzydziestce, całkiem zdrowy i... wciąż dostaje kartki, bo łańcuszek trwa. Nie wiadomo kiedy dokładnie trafił do Polski i dlaczego przybrał formę urzędowych listów dotyczących na dodatek wcale nie Craiga, ale fikcyjnego Herolda Sarida. Przy czym Herold wcale od początku nie był Heroldem - zaczynał jako Draing Sherold, potem był Dralangiem Sheroidem, Daringiem Heroldem i jeszcze przed ostatnią wersją Daingiem Heroldem.
- Brytyjska Wikipedia opisując historię prawdziwego Craiga Shergolda nawet wspomina o polskim fenomenie urzędowego łańcuszka. Nie słyszałem, aby na gdzieś na świecie przybrał on takie rozmiary jak u nas. Obawiam się że to może się nie skończyć, to fenomen naszej polskiej biurokracji - mówi "Gazecie" dr Filip Graliński.
Na Herolda nie dał się nabrać Waldemar Pionka, szef prokuratury w Ostrowcu Świętokrzyskim. Pierwszy list z apelem chłopca, jeszcze jako Herolda Daringa, przyszedł tu w 2006 roku z ostrowieckiej firmy zajmującej się gospodarką odpadami. Kolejne cztery z prokuratur rejonowych w całym kraju, m.in. z Bydgoszczy, raz nawet z samej prokuratury apelacyjnej. Wszystkie prokurator Pionka zarejestrował jako "korespondencja ogólna" i nakazał pozostawić bez dalszego biegu.
- Jestem zwolennikiem rzeczywistego wspierania potrzebujących, chorych czy głodnych przez realne świadczenia, a jak na polepszenie czyjegoś zdrowia ma niby wpłynąć urzędowa korespondencja? - mówi prokurator. Jest jednak jednym z niewielu, którzy postanowili przerwać łańcuszek. Na stronie atrapa.net nieustannie wpisują się urzędnicy, do których właśnie trafił "Herold Sarid".
"Czwarty rok w urzędzie i na nowy rok nowy Sarid na biurku (dwudziesty któryś już w mojej karierze). Jak zwykle - w nadawcach urzędy skarbowe, prokuratury, wyższe uczelnie, instytucje kultury, prywatne firmy, centra pomocy socjalnej i (najlepsze) ZUS..." - czytamy w jednym z nich
agnieszka.drabikowska@kielce.agora.pl
- Zastanawialiśmy się co z tym zrobić, ale prośba przyszła z poważnej instytucji, bo z prokuratury więc na zasadzie zaufania my też zdecydowaliśmy wysłać te listy. Nawet pamiętam, że dzwoniliśmy do innych urzędów i okazało się, że oni też je wysyłają - opowiada Agnieszka Minkina, sekretarz gminy Waśniów.
W ostatnim czasie dwadzieścia takich samych listów wysłali też starosta kielecki, gmina Sitkówka-Nowiny, filia banku spółdzielczego w Kielcach, VI LO im. Słowackiego czy Szkoła Podstawowa nr 18. I setki innych instytucji w całym kraju.
To klasyczny łańcuszek "prześlij dalej" tyle, że w formie papierowej. Pismo przewodnie brzmi: "Za pośrednictwem (tu pada nazwisko szefa poważnej instytucji) otrzymaliśmy prośbę chłopca Herolda Sarida, cierpiącego na nieuleczalną chorobę nowotworową, którego marzeniem jest wpisanie się do Księgi Rekordów Guinessa. W celu realizacji tego marzenia musi on nawiązać kontakt z jak największą ilością instytucji i urzędów. Aby wesprzeć chłopca w realizacji marzenia prosimy o przesłanie załączonych pism do 20 instytucji bądź urzędów. Będziemy wdzięczni za kontynuowanie tego listu, którego cykl nie został dotychczas przerwany."
I może się nigdy nie skończyć, bo zdecydowana większość instytucji odpowiada na apel Herolda i wysyła po 20 listów do kolejnych urzędów.
Z jednej strony trudno się dziwić - cel szczytny, a koszty niewielkie. Tyle tylko, że Herold Sarid nie istnieje. Wystarczy wpisać w wyszukiwarkę jego nazwisko i szybko okazuje się, że chłopiec i jego marzenie to fikcja. Zjawisko na swojej stronie internetowej poświęconej łańcuszkom i legendom miejskim atrapa.net opisał dr Filip Graliński z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu.
W rzeczywistości w Wielkiej Brytanii istnieje ktoś taki jak Craig Shergold, który w 1989 roku jako ośmiolatek zachorował na raka mózgu, a jego przyjaciele wpadli na pomysł masowego wysyłania mu pocztówek z życzeniami. Tak, by Craig pobił rekord Guinnessa w liczbie otrzymanych kartek. W ciągu roku chłopiec dostał ich ponad milion. Powstał nawet o tym film "The Miracle of the cards".
Dziś Craig Shergold jest już po trzydziestce, całkiem zdrowy i... wciąż dostaje kartki, bo łańcuszek trwa. Nie wiadomo kiedy dokładnie trafił do Polski i dlaczego przybrał formę urzędowych listów dotyczących na dodatek wcale nie Craiga, ale fikcyjnego Herolda Sarida. Przy czym Herold wcale od początku nie był Heroldem - zaczynał jako Draing Sherold, potem był Dralangiem Sheroidem, Daringiem Heroldem i jeszcze przed ostatnią wersją Daingiem Heroldem.
- Brytyjska Wikipedia opisując historię prawdziwego Craiga Shergolda nawet wspomina o polskim fenomenie urzędowego łańcuszka. Nie słyszałem, aby na gdzieś na świecie przybrał on takie rozmiary jak u nas. Obawiam się że to może się nie skończyć, to fenomen naszej polskiej biurokracji - mówi "Gazecie" dr Filip Graliński.
Na Herolda nie dał się nabrać Waldemar Pionka, szef prokuratury w Ostrowcu Świętokrzyskim. Pierwszy list z apelem chłopca, jeszcze jako Herolda Daringa, przyszedł tu w 2006 roku z ostrowieckiej firmy zajmującej się gospodarką odpadami. Kolejne cztery z prokuratur rejonowych w całym kraju, m.in. z Bydgoszczy, raz nawet z samej prokuratury apelacyjnej. Wszystkie prokurator Pionka zarejestrował jako "korespondencja ogólna" i nakazał pozostawić bez dalszego biegu.
- Jestem zwolennikiem rzeczywistego wspierania potrzebujących, chorych czy głodnych przez realne świadczenia, a jak na polepszenie czyjegoś zdrowia ma niby wpłynąć urzędowa korespondencja? - mówi prokurator. Jest jednak jednym z niewielu, którzy postanowili przerwać łańcuszek. Na stronie atrapa.net nieustannie wpisują się urzędnicy, do których właśnie trafił "Herold Sarid".
"Czwarty rok w urzędzie i na nowy rok nowy Sarid na biurku (dwudziesty któryś już w mojej karierze). Jak zwykle - w nadawcach urzędy skarbowe, prokuratury, wyższe uczelnie, instytucje kultury, prywatne firmy, centra pomocy socjalnej i (najlepsze) ZUS..." - czytamy w jednym z nich
agnieszka.drabikowska@kielce.agora.pl
- 3 komentarze
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
-
Urzędy, banki, prokuratury. Kto się nabrał na H...
plantin
06.02.12, 09:17
To tylko kolejny dowód na inteligencję, wiedzę itp. urzędników. Temat tego łańcuszka znany jest od lat, ale teraz nawet mają internet gdzie to mogą sprawdzić i co - nic. Proponuję »
-
Urzędy, banki, prokuratury. Kto się nabrał na H...
tyfusplamisty
08.02.12, 12:23
Cytat z artykułu:Nie słyszałem, aby na gdzieś na świecie przybrał on takie rozmiary jak u nas. Obawiam się że to może się nie skończyć, to fenomen naszej polskiej biurokracji - mówi »
Najczęściej czytane24 htydzień





