Pożaru lepiej unikać, niż gasić
2010-12-29
, aktualizacja: 29.12.2010 15:08
- Bardzo bym chciał wiedzieć, jaką krew miał mój pacjent, powiedzmy, 10-20 lat temu, ale nie mam takiej możliwości. Moi następcy będą ją mieli - mówi Stanisław Góźdź, dyrektor ŚCO
ZOBACZ TAKŻE
- Leczysz się u specjalisty? Sprawdź, gdzie jest twój lekarz (30-12-10, 06:00)
- Nie lekceważ, daj się zbadać. Coraz więcej przekonanych (30-12-10, 04:00)
- Kto za niego odpowiada (29-12-10, 15:13)
- Warto być królikiem (doświadczalnym) (29-12-10, 15:11)
- Wtedy była cała Europa, teraz naukowcy zajmą się tylko nami (29-12-10, 15:10)
- Jak działa i po co jest potrzebny biobank (29-12-10, 15:10)
- Jak pokonaliśmy zdrowotny kryzys (29-12-10, 15:09)
- Co się dzieje po wypaleniu ostatniego papierosa (29-12-10, 15:06)
- Tutaj celują prosto w raka (29-12-10, 15:07)
- Udało się w Finlandii, uda się też u nas (29-12-10, 15:04)
- Austriacy wchodzą do centrum onkologii (28-12-10, 23:00)
Rozmowa ze Stanisławem Góździem
Ziemowit Nowak: Nie lubimy zbyt wiele wiedzieć o swoim zdrowiu. Dlaczego tak się dzieje? Czy w ciągu ostatnich lat coś się zmienia w naszej świadomości?
Stanisław Góźdź: To jest najcięższa sfera w profilaktyce - oddziaływanie na mentalność społeczeństwa. Niestety, moim zdaniem przemiany w tej świadomości nie dokonują się tak szybko, jakbyśmy my, lekarze, chcieli. Z mojego wieloletniego doświadczenia wynika, że łatwiej jest wybudować niejedno centrum onkologii, niż zmienić mentalność ludzi, żeby w końcu zaakceptowali zasadę: Moje zdrowie jest w moich rękach. Doskonale pamiętamy, kiedy jest następny przegląd serwisowy samochodu, ale nie potrafimy zainteresować się własnym zdrowiem. W onkologii już widzimy, że 80 proc. tego, czy zachorujemy na raka, zależy od zachowania - na 30 proc. przypadków zachorowań ma wpływ palenie tytoniu, na kolejne 30 proc. sposób odżywiania, dalej alkohol, również zachowania seksualne, a tylko 10-15 proc. to obciążenia genetyczne. Ale my wciąż oddajemy pole chorobie. Dopiero jak jest źle, człowiek rzuca palenie, ogranicza spożycie tłuszczów, zaczyna się ruszać. Ale często jest już za późno.
I teraz taką wielotysięczną grupę, 15 tysięcy mieszkańców Kielc i województwa, chcecie wziąć pod lupę. Dlaczego naukowcy są tacy wścibscy?
- Nie są wścibscy, ale raczej pierwszy raz w sposób racjonalny chcą służyć zdrowiu populacji w naszym regionie. Do tej pory dominuje u nas medycyna naprawcza, skierowana na jednostkę, a już ojciec polskiej onkologii Tadeusz Koszarowski uczył nas, że onkolog musi myśleć populacyjnie. Mówił: „Musisz być odpowiedzialny za zdrowie regionu, w którym mieszkasz”. Na medycynie wszyscy się znają, każdy jest lekarzem (śmiech ), ale dla podjęcia racjonalnych działań w służbie zdrowia powinniśmy się opierać na badaniach kohortowych populacji, czyli takich jak proponuje program PONS. Musimy szukać odpowiedzi na pytania, dlaczego Polacy żyją krócej w porównaniu z krajami zachodniej Europy, dlaczego przedwczesna umieralność jest u nas dwa razy wyższa niż tam, a oczekiwana długość życia o pięć lat krótsza.
I wtedy racjonalnie wydawać pieniądze?
- Właśnie tak. Jak wydawać pieniądze oraz jak organizować służbę zdrowia, aby była jak najbardziej skuteczna i efektywna. W medycynie nie ma zasady, ten ma rację, kto ma nominację. Ja się tego nauczyłem, gdy zabiegałem o zbudowanie centrum onkologii w Kielcach. Słyszałem, że niepotrzebne, przecież nasi pacjenci mogą jeździć do Łodzi, Lublina, Warszawy, Krakowa. Ale ja się zawziąłem, zacząłem obliczać statystyki zachorowań w naszym województwie z kart nowotworów złośliwych, żeby wykazać, że centrum onkologii jest niezbędne. Sam to robiłem, ręcznie, w domu z żoną, z bliskimi, na kartkach papieru. W końcu miałem konkretne liczby, miałem argumenty, a nie tylko przeczucie. A teraz będziemy mieć to badanie 15 tysięcy osób. Najbardziej fascynuje mnie w tym programie to, że nasz region będzie pierwszym w Polsce, który na podstawie badań populacji będzie mógł podejmować takie konkretne kroki zmierzające do poprawy sytuacji pacjentów. Powtarzam, nie jesteśmy wścibscy, to dla nas nobilitacja, że takie sławy jak prof. Lars Vatten z Norwegii i prof. Witold Zatoński z Warszawy wybrali właśnie nasze województwo do tych badań. Kim jest Vatten? To taki papież w badaniach populacyjnych, pracuje w Trondheim, miasto nie większe niż Kielce, ale tam przyjeżdżają Amerykanie, żeby się uczyć! My nie musimy być gorsi, mamy zaplecze do biochemii i biochemii molekularnej, możemy robić odpowiednie badania. Ale musimy mieć odpowiednią bazę w biobanku. Norwegowie mają w biobanku już 40 tysięcy próbek, my zaczniemy od 15 tysięcy.
Będziemy przechowywać próbki wiele, wiele lat, nawet kilkadziesiąt. Czy wyobraża pan sobie, jaki pożytek mogą mieć z tych próbek naukowcy - powiedzmy - za 30 lat? Co w nich odkryją, czego my nie wiemy?
- To oczywiste, że w przyszłości będziemy mieć materiał, którego dzisiaj możemy tylko pozazdrościć. Ja bardzo bym chciał wiedzieć, jaką krew miał mój pacjent, powiedzmy, 10-20 lat temu, ale nie mam takiej możliwości. Moi następcy będą ją mieli. Jeżeli ktoś z grupy badawczej zachoruje przykładowo za 5-10 lat, sięgniemy do jego próbki i postaramy się znaleźć odpowiedź, czy jego geny, styl życia oraz odżywiania się miały wpływ na zachorowanie. Mało tego, poszukamy osób o zbliżonych cechach i może uda się w porę uchronić ich przed rozwojem choroby. Wkładamy maleńką cegiełkę do wiedzy medycznej.
To brzmi brutalnie, ale statystyka jest nie do podważenia. Ile osób z tych 15 tysięcy zachoruje na raka?
- W naszym regionie na 100 tysięcy mieszkańców 360 zachoruje na nowotwór, czyli w naszej grupie badawczej będzie to ponad 40 osób. Na pewno nie mniej, bo badamy osoby starsze, u których ryzyko zachorowania jest większe. Ale pozytywna wiadomość dla nich jest taka, że przystępując do badań, od razu uzyskują większe szanse na wyleczenie.
Namawia pan do zdrowego trybu życia, bo sam jest tego dobrym przykładem. Proszę trochę opowiedzieć o pana doświadczeniach.
- Rzuciłem alkohol jakieś 30 lat temu. Razem z paleniem. Paliłem 60 ekstramocnych dziennie. Pamiętam, to był rok 1978. Ważyłem 137 kilogramów i postanowiłem coś z tym zrobić. Krótki świszczący oddech, ciągle się męczyłem, pociłem... Co się dziwić, nosiłem ten 50-kilogramowy worek cementu na sobie. A więc rzuciłem palenie, alkohol, schudłem i pierwszy raz przebiegłem Maraton Pokoju. Dużą pozytywną rolę odegrały media, Tomek Hopfer, Wojtek Zieliński kusili, namawiali. Potem pokazywali mnie w 2 TVP, że najwięcej schudłem przed maratonem.
Ile pan dzisiaj waży?
- 86 kilogramów. Jeżdżę na rowerze, biegam regularnie. Teraz bez tego żyć nie mogę. Jak dwa dni nie pobiegam, to żona daje mi buty i wygania do lasu, bo robię się nieznośny.
To się pan uzależnił od zdrowego trybu życia.
- Właśnie. To jest też ważne dla psychiki, nie można o niej zapominać. Po takim całym dniu w szpitalu czuję się jak bokser, ciągle w zwarciu. Takie wybiegnięcie do lasu jest odskokiem od smutnej często rzeczywistości, pozwala na uwolnienie agresji. Przecież ja też przeżywam te cierpienia, tragedie moich pacjentów i ich rodzin, nie da się tego uniknąć.
Czy pana zdaniem znajdzie się 15 tysięcy osób chętnych do poddania się takim badaniom?
- Uważam, że się uda. A jak badani zobaczą, jakie mają wyniki, to ich zmusi do refleksji. Część tych ludzi nie wie, że są chorzy, taka jest prawda. Tak było w Skandynawii.
Rozmawiał Ziemowit Nowak
- Dodaj komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień
- Skrajny absurd w Kielcach. Dom na środku drogi
- Juwenalia 2012. Najlepsze przebrania na ...
- Juwenalia od 1999 roku. Zobacz, jak ...
- Galeria Korona. Pierwsza osoba o 6.25 ...
- Korona, galeria i Vive mistrzem. Tydzień ...
- Strażacy wzywani do kotów i owadów. Będą ...
- Tak było kiedyś, tak jest teraz. Kielce ...




