Upadłość Polifarbu trwała 10 lat. A wszystko przez komin

Ziemowit Nowak
18.03.2010 , aktualizacja: 17.03.2010 19:30
A A A Drukuj
10 lat trwała upadłość Polifarbu Bliżyn. - Wszystko przez komunę, powódź, katastrofę chemiczną, żydowski nagrobek, otulinę parku i wysoki komin - tłumaczy była syndyk Anna Durlik. Ona i ostatni pracownicy firmy mają biura w przedszkolu.

Fot. Jarosław Kubalski / Agencja
Józef Włodarczyk, likwidator Zakładów Farb i Lakierów Polifarb w Bliżynie koło Skarżyska przekazał w środę bilans zamknięcia upadłości i harmonogram likwidacji przedsiębiorstwa. Chce to zrobić do grudnia 2011 roku.

Dziś, aby dodzwonić się do dwojga pozostałych pracowników Polifarbu (kiedyś pracowało tu prawie 100 osób), trzeba wybrać numer... przedszkola w Bliżynie. Dostali tam pokój od gminy, bo biurowiec sprzedała syndyk. W w dozorze pozostał im zrujnowany budynek z olbrzymim kominem na dwuhektarowej działce. Ruiny są tak malownicze, że przyciągają amatorów fotografii, którzy urządzają tam sobie sesje zdjęciowe.

Upadłość Polifarbu rozpoczęła się w listopadzie 2000 roku. Oficjalnie zakończyła umorzeniem 3 stycznia tego roku umorzeniem. Likwidator objął firmę 3 marca.

Zanim dwoje ostatnich pracowników i syndyk trafili do przedszkola, na zakład spadły prawdziwe plagi egipskie. Na początku upadłości podczas powodzi zalała go rzeka Kamienna. W 2002 roku doszło do katastrofy chemicznej - spod ziemi zaczęły się wydobywać ksylen i inne związki ropopochodne. Płynęły do Kamiennej, skaziły obszar. Teren ratowali strażacy z całego województwa. Od tego czasu Polifarb jest skażony.

- W takiej sytuacji trudno było znaleźć nabywców. Do dzisiaj każdy podpisuje dokument, że wie o skażeniu. Nie wiadomo kiedy trzeba będzie to rekultywować - mówi Durlik.

Miała też kłopoty z wyprostowaniem ksiąg wieczystych. - Za komuny nikt o to nie dbał, stawiało się zakład i tyle. Co ja tam nie znalazłam, mieliśmy w środku prywatną działkę, jakiś pomnik pożydowski, tego się sprzedać nie dało - wspomina syndyk.

Okazało się też, że zakład jest w otulinie parku. - Firma chemiczna mogła tu działać, ale już jak Włosi chcieli zrobić zakład obróbki marmuru, to nie. Nie mogłam sprzedać tego w całości - wyjaśnia.

Ale największym, dosłownie, problem okazał się olbrzymi komin. - Jego nie da się wysadzić, musi się położyć, a taka rozbiórka kosztuje 200 tysięcy złotych. Z wpływów z upadłości nie wystarczy. Pisałam o pieniądze do Ministerstwa Skarbu, ale mi odmówili - tłumaczy Durlik.

Komin na siebie zarabiał dopóki działały jeszcze nadajniki dwóch operatorów telefonii komórkowej. Ale nadgryzł go ząb czasu i ciężkie urządzenia trzeba było zdemontować. Teraz już tylko generuje koszty, bo trzeba go oświetlać. - Występowałam do Urzędu Lotnictwa Cywilnego o zgodę na wyłączenie tych świateł, ale się nie zgodzili. Stoi na trasie przelotów - opowiada syndyk.

Przez 10 lat udało jej się sprzedać większość budynków, działa tam teraz kilka firm. Ale w ostatnich latach Polifarb w upadłości przynosił już tylko straty, w ubiegłym roku było to 137 tys. zł, rok wcześniej 312 tys. zł.

Są tacy, którzy uważają, że ten proces mógł pójść szybciej. - Kiedy dostałem ten zakład, też się zdziwiłem, że to tak długo trwa i uznałem, że czas kończyć - mówi Jerzy Kuźniar, dyrektor delegatury Ministerstwa Skarbu Państwa w Kielcach, do którego sprawy Polifarbu trafiły pod koniec 2008 r. Zarzuca syndyk, że przez prawie dwa lata ani razu go nie odwiedziła.

Podobne zarzuty ma Anna Leżańska, przewodnicząca Rady Gminy Bliżyn. - Współpracy z panią syndyk nie było żadnej. Trudno mi oceniać, czym się sąd kierował, trzymając tu tak długo syndyka - mówi.

Durlik się broni: - Starałam się prowadzić postępowanie tak, aby je jak najszybciej dokończyć. Ale temat był trudny.

ziemowit.nowak@kielce.agora.pl

Podziel się

  • 28 komentarzy
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    4 głosy