Jak B. zacznie mówić to dopiero będzie afera!
17.02.2012
, aktualizacja: 17.02.2012 10:41
Do prezydenta Starachowic na imieniny nie szło się z kwiatami tylko z kopertą. Tak samo przed Bożym Narodzeniem czy przed wyborami. Ale na stronie internetowej miasta jeszcze dziś można o nim przeczytać: "Widział wokół zbyt dużo niesprawiedliwości i dlatego postanowił zająć się polityką".
ZOBACZ TAKŻE
- Odwołają Wojciecha B.? Jest wniosek o referendum w Starachowicach! (13-04-12, 11:25)
- "Brałem łapówki, by uświetnić miejskie imprezy, a mieszkańcy mogli jeść za darmo kiełbaski" (12-03-12, 06:00)
- PO do prezydenta Starachowic: oszczędź wstydu (19-02-12, 16:00)
- Miller u Lubawskiego. Prezydent Kielc dziękował radnym SLD (19-02-12, 13:46)
- W weekend odwilż. Będzie padać deszcz (17-02-12, 15:52)
- Quiz dla posłów. Kopyciński i Cedzyński oblali na całego (17-02-12, 14:05)
- Pożar domu w Wodzisławiu (17-02-12, 13:15)
- Kompleksowa akcja policji. Eskortowali staruszka do banku (17-02-12, 12:27)
- Zmarł Tadeusz Bartos. Były senator SLD (17-02-12, 11:48)
- Zima jeszcze przytrzyma. Zwierzęta nie czują wiosny (17-02-12, 11:11)
- Stypendia dla uczniów z pasją. Wystarczy mieć pomysł (17-02-12, 10:52)
- Jak Wam się podoba nowa strona ratusza? (17-02-12, 09:39)
- Zaginął 24-letni mężczyzna. Policja prosi o pomoc (17-02-12, 09:08)
- Zima na drogach: większość odśnieżona, ale znów pada (17-02-12, 08:16)
- "Ciepłe guziki" w autobusach? MPK jest na tak (17-02-12, 07:00)
- Historia zrobiła koło. Jak sądzili partyzanta (17-02-12, 06:00)
- Protest przewoźników. "Duda to ci się nie uda" (16-02-12, 19:57)
- Prezydent B. oskarżony. I nie podda się karze (15-02-12, 11:05)
- Wojciech B. i Justyna Z. kaucje stracili prawomocnie (06-02-12, 16:01)
- Tydzień z głowy. Prezydent Starachowic znów jest B. (10-12-11, 08:00)
O Wojciechu B. po raz pierwszy zrobiło się głośno w 2006, gdy jako 33-letni pracownik sanepidu został kandydatem PiS na prezydenta Starachowic. Było to dużą niespodzianką, także dla większości działaczy tej partii. - Wstąpił do PiS rok czy półtora roku wcześniej. Pamiętam, jak na zebraniu, na którym nowi członkowie przedstawiali się, opowiadali o swoich osiągnięciach, bardzo zdenerwowany ledwie wydobył z siebie jedno zdanie - wspomina jeden z działaczy.
B. niewiele też mówił w czasie kampanii wyborczej. Sztabowcy PiS chronili go przed wystąpieniami w mediach, dyskusją z kontrkandydatami, bo nie miał wiele do powiedzenia.
Dlaczego taki człowiek został prezydentem miasta? - Zadecydowało znane w Starachowicach nazwisko. Ojciec był wiele lat dyrektorem i wicedyrektorem szpitala, matka szanowaną lekarką - odpowiada bliski do niedawna współpracownik B.
Także i dziadek B. miał udział w awansie wnuka. Był bowiem profesorem w warszawskiej SGGW-AR, cenionym hydrobiologiem i ichtiologiem, działaczem "Solidarności", a 4 czerwca 1989 roku wybrany został na senatora z Suwalszczyzny. Wprawdzie jako jedyny członek Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego zagłosował za wyborem na prezydenta generała Wojciecha Jaruzelskiego, ale w czasie wojny, gdy odwaga drogo kosztowała, walczył w AK. Z oficjalnej strony internetowej Starachowic możemy się dowiedzieć, że B. z dziadkiem "często rozmawiał o Polsce, niepodległości, Piłsudskim" i że dziadek "wywarł duży wpływ na jego życie", ponieważ "jego rozmowy o przyrodzie sprawiły, że zdecydował się studiować biologię". Z kolei "pod wpływem stryja, żołnierza spod Monte Cassino, odbył ochotniczo służbę wojskową". I dalej jeszcze o B. czytamy: "Widział wokół zbyt dużo niesprawiedliwości i dlatego postanowił zająć się polityką".
Młody, przystojny, spoza układów
- Taki człowiek, z patriotycznej i szanowanej rodziny, młody, przystojny, spoza miejscowych układów był wtedy potrzebny, aby pokonać kandydata SLD - podkreśla działacz PiS. Były współpracownik B. dodaje, że do jego wygranej przyczynił się także ówczesny wicepremier Przemysław Gosiewski, który wspomagał kampanię PiS w Starachowicach.
W pierwszej turze wyborów B. przegrał z urzędującym wówczas prezydentem Sylwestrem Kwietniem z SLD różnicą niespełna 300 głosów. W drugiej 10 grudnia 2006 roku zagłosowało na niego 8293 starachowiczan, o 1602 więcej niż na Kwietnia. Miał 33 lata, był jednym z najmłodszych prezydentów w Polsce, jedynym na tym stanowisku w Świętokrzyskiem członkiem PiS. - Wiązaliśmy z nim duże nadzieje. Przede wszystkim na to, że zerwie z układem SLD-owskim i pozbędzie się ludzi skompromitowanych w aferze starachowickiej z 2003 roku. Szybko się rozczarowaliśmy - mówi cytowany już działacz partii.
- Rokował duże nadzieje. Dopóki się mnie słuchał, było wszystko w porządku - twierdzi z kolei starachowicki poseł PiS Krzysztof Lipiec. Miał on największy udział w wystawieniu kandydatury B. Dziś niechętnie o tym mówi. - Już w 2007 roku odmówiłem mu poparcia, wielokrotnie występowałem o usunięcie z partii - podkreśla.
Do wyrzucenia B. nie chciał dopuścić Gosiewski, w 2010 roku broniła go Beata Kempa, która rządziła wtedy świętokrzyskim PiS. W końcu sam zrezygnował z członkostwa w partii, na kilka dni przed pierwszym aresztowaniem.
Lubi pływać z nurkami
Jako prezydent B. był początkowo pod kontrolą posła Lipca, którego bliska współpracownica Małgorzata Pruś została sekretarzem miasta. Szybko jednak uznał, że najlepiej sam będzie rządził. Doprowadził do odwołania Pruś, stanął w opozycji do klubu radnych PiS. Pod koniec kadencji był już w nieformalnej koalicji z SLD. - Dopóki żył Przemek Gosiewski, B. jeszcze się hamował. Tylko jego się bał. Po katastrofie smoleńskiej dawne układy odżyły, rozszerzyły się - twierdzi działacz PiS.
Prezydent B. doprowadził m.in. do wypłacenia dotacji z miejskiej kasy klubowi płetwonurków Kalmar, w którym działa jego brat i uczestnicy afery starachowickiej z 2003 roku. Nie liczył się z opinią radcy prawnego, a naczelnika wydziału edukacji i spraw społecznych Janusza Skibińskiego, który nie chciał sporządzić umowy umożliwiającej wypłatę, zwolnił z pracy. Co ciekawe, w sprawie Kalmara na Skibińskiego najbardziej naciskał... kierowca prezydenta Grzegorz P. B. przyjął go urzędu na swojego drugiego kierowcę. - Jeździł tam, gdzie pierwszy nie powinien - mówił nam jeden z urzędników.
A kim jest Grzegorz P.? W aferze z 2003 roku został skazany na karę więzienia w zawieszeniu za pomoc w wyłudzeniu odszkodowania za rzekomą kolizję auta. Pomagał dawnemu wiceszefowi Rady Powiatu Markowi B., który odsiedział za to rok, a ponadto dostał wyroki za posługiwanie się fałszywym świadectwem maturalnym, wręczanie łapówek za zwolnienie ze służby wojskowej oraz kupowanie głosów w wyborach samorządowych w 2002 roku. Zaraz po wyjściu na wolność dostał pracę ratownika w miejskiej pływalni. W Starachowicach rządziło wówczas SLD. Po przejęciu rządów przez Wojciecha B. Markowi B. działo się jeszcze lepiej. Z czterema wyrokami na karku uczy młodych starachowiczan nurkowania, dostał mieszkanie w podlegającym gminie TBS-ie, awansował na gospodarza kąpieliska na Lubiance i koordynatora pracujących tam ratowników.
Lubianka to ulubione miejsce letniego wypoczynku Wojciecha B. Bawił się tam w najlepsze w gronie tzw. baseniarzy, jak w 2003 roku nazwano ludzi trzymających władzę w Starachowicach. To obecnie jego najbliżsi kumple. Lubianka stanowi ich główną bazę latem. Zimą bawią się głównie na wybudowanym już za rządów B. krytym basenie. A ciągle młody prezydent bardzo lubi się bawić, w urzędzie i mieście krążą barwne opowieści o jego umiłowaniu do mocnych napojów i płci przeciwnej.
- Ale co niedziela, jako przykładny mąż i ojciec, szedł do kościoła z żoną i dziećmi. Siadał w pierwszej ławce - opowiada mieszkaniec Starachowic z tej samej co prezydent parafii. Na stronie miasta nadal możemy o B. przeczytać: "Jest domatorem. Najlepiej czuje się wśród rodziny. Z domu wyniósł zasadę, że młody człowiek musi pracować i mieć w życiu cel (...). Głównym jego celem jest wykształcenie dzieci i wychowanie ich zgodnie z polską tradycją. To dla nich chce zmieniać nasz kraj i nasze miasto".
Św. Barbara i pączki
Ale nie tylko B. się w Starachowicach bawił. Za namową kumpli z Lubianki w mieście organizowane były pikniki z prezydentem, na początek i koniec wakacji, a także przy innych okazjach mieszkańcy mogli za darmo skosztować kiełbaski, na dzieci czekały słodycze. W tłusty czwartek ludzie B. rzucali pączkami w napierający tłum. Podczas sylwestra pod gwiazdami B. nie wylewał za kołnierz i wyjątkowo dobrze się bawił. - Ale ludziom to nie przeszkadzało. Uznali, że swój chłop, bo wypił - mówi pragnący zachować anonimowość obserwator rozwoju kariery B. Dodaje, że takimi imprezami prezydent przysporzył sobie zwolenników w mieście, bo jego poprzednicy byli sztywniakami i nic takiego nie robili.
- Z jednej strony doradzało mu środowisko sportowo-rozrywkowe, z drugiej patriotyczno-kościółkowe - zwraca uwagę nasz rozmówca. I wylicza, że dzięki temu drugiemu św. Barbara została patronką Starachowic, w mieście odbywały się rekonstrukcje wydarzeń historycznych, uporządkowane zostały miejsca pamięci narodowej, kombatanci dostawali medale i poczuli się docenieni. Zwolenników B. przybywało, chociaż jego udział w patriotyczno-religijnych imprezach był ograniczony. - Jak występował bez kartki, to tylko witał i dziękował. Nie lubił chodzić między ludzi, zwykle wysyłał sekretarza. Zdecydowanie lepiej czuł się na imprezach sportowo-rozrywkowych - podkreśla nasz informator.
W 2010 roku B., już bez poparcia PiS, a nawet zwalczany przez część tej partii związaną z posłem Lipcem, nie miał najmniejszych problemów z wyborem na drugą kadencję. Kontrkandydatów znokautował już w pierwszej turze, zdobywając 13272 głosy (64,13 proc.). Żaden ze świętokrzyskich prezydentów nie miał takiego poparcia, choć w przeciwieństwie do niego mieli programy, wizje rozwoju miast i znacznie większe osiągnięcia.
- Tępy, niedoświadczony, ale odważny. Nie bał się zrobić porządku z tzw. Manhattanem i zlikwidował obskurne targowisko. Wybudował dla kupców halę, no i ten basen, który dzięki niemu został specjalnie pogłębiony do nurkowania. Poza tym liczne mikroinwestycje, skwery, parkingi, alejki. Tu kawałek nowego chodnika, tam coś pomalowane. Ludzie odnieśli wrażenie, że miasto się odmieniło - tłumaczy tajemnicę wyborczego sukcesu B. baczny obserwator jego działalności. Działacz PiS i były bliski współpracownik B. zwracają też uwagę na bardzo drogą kampanię wyborczą. - Wszędzie billboardy, specjalny autobus. To z pewnością kosztowało - mówi jeden z nich.
B. niewiele też mówił w czasie kampanii wyborczej. Sztabowcy PiS chronili go przed wystąpieniami w mediach, dyskusją z kontrkandydatami, bo nie miał wiele do powiedzenia.
Dlaczego taki człowiek został prezydentem miasta? - Zadecydowało znane w Starachowicach nazwisko. Ojciec był wiele lat dyrektorem i wicedyrektorem szpitala, matka szanowaną lekarką - odpowiada bliski do niedawna współpracownik B.
Także i dziadek B. miał udział w awansie wnuka. Był bowiem profesorem w warszawskiej SGGW-AR, cenionym hydrobiologiem i ichtiologiem, działaczem "Solidarności", a 4 czerwca 1989 roku wybrany został na senatora z Suwalszczyzny. Wprawdzie jako jedyny członek Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego zagłosował za wyborem na prezydenta generała Wojciecha Jaruzelskiego, ale w czasie wojny, gdy odwaga drogo kosztowała, walczył w AK. Z oficjalnej strony internetowej Starachowic możemy się dowiedzieć, że B. z dziadkiem "często rozmawiał o Polsce, niepodległości, Piłsudskim" i że dziadek "wywarł duży wpływ na jego życie", ponieważ "jego rozmowy o przyrodzie sprawiły, że zdecydował się studiować biologię". Z kolei "pod wpływem stryja, żołnierza spod Monte Cassino, odbył ochotniczo służbę wojskową". I dalej jeszcze o B. czytamy: "Widział wokół zbyt dużo niesprawiedliwości i dlatego postanowił zająć się polityką".
Młody, przystojny, spoza układów
- Taki człowiek, z patriotycznej i szanowanej rodziny, młody, przystojny, spoza miejscowych układów był wtedy potrzebny, aby pokonać kandydata SLD - podkreśla działacz PiS. Były współpracownik B. dodaje, że do jego wygranej przyczynił się także ówczesny wicepremier Przemysław Gosiewski, który wspomagał kampanię PiS w Starachowicach.
W pierwszej turze wyborów B. przegrał z urzędującym wówczas prezydentem Sylwestrem Kwietniem z SLD różnicą niespełna 300 głosów. W drugiej 10 grudnia 2006 roku zagłosowało na niego 8293 starachowiczan, o 1602 więcej niż na Kwietnia. Miał 33 lata, był jednym z najmłodszych prezydentów w Polsce, jedynym na tym stanowisku w Świętokrzyskiem członkiem PiS. - Wiązaliśmy z nim duże nadzieje. Przede wszystkim na to, że zerwie z układem SLD-owskim i pozbędzie się ludzi skompromitowanych w aferze starachowickiej z 2003 roku. Szybko się rozczarowaliśmy - mówi cytowany już działacz partii.
- Rokował duże nadzieje. Dopóki się mnie słuchał, było wszystko w porządku - twierdzi z kolei starachowicki poseł PiS Krzysztof Lipiec. Miał on największy udział w wystawieniu kandydatury B. Dziś niechętnie o tym mówi. - Już w 2007 roku odmówiłem mu poparcia, wielokrotnie występowałem o usunięcie z partii - podkreśla.
Do wyrzucenia B. nie chciał dopuścić Gosiewski, w 2010 roku broniła go Beata Kempa, która rządziła wtedy świętokrzyskim PiS. W końcu sam zrezygnował z członkostwa w partii, na kilka dni przed pierwszym aresztowaniem.
Lubi pływać z nurkami
Jako prezydent B. był początkowo pod kontrolą posła Lipca, którego bliska współpracownica Małgorzata Pruś została sekretarzem miasta. Szybko jednak uznał, że najlepiej sam będzie rządził. Doprowadził do odwołania Pruś, stanął w opozycji do klubu radnych PiS. Pod koniec kadencji był już w nieformalnej koalicji z SLD. - Dopóki żył Przemek Gosiewski, B. jeszcze się hamował. Tylko jego się bał. Po katastrofie smoleńskiej dawne układy odżyły, rozszerzyły się - twierdzi działacz PiS.
Prezydent B. doprowadził m.in. do wypłacenia dotacji z miejskiej kasy klubowi płetwonurków Kalmar, w którym działa jego brat i uczestnicy afery starachowickiej z 2003 roku. Nie liczył się z opinią radcy prawnego, a naczelnika wydziału edukacji i spraw społecznych Janusza Skibińskiego, który nie chciał sporządzić umowy umożliwiającej wypłatę, zwolnił z pracy. Co ciekawe, w sprawie Kalmara na Skibińskiego najbardziej naciskał... kierowca prezydenta Grzegorz P. B. przyjął go urzędu na swojego drugiego kierowcę. - Jeździł tam, gdzie pierwszy nie powinien - mówił nam jeden z urzędników.
A kim jest Grzegorz P.? W aferze z 2003 roku został skazany na karę więzienia w zawieszeniu za pomoc w wyłudzeniu odszkodowania za rzekomą kolizję auta. Pomagał dawnemu wiceszefowi Rady Powiatu Markowi B., który odsiedział za to rok, a ponadto dostał wyroki za posługiwanie się fałszywym świadectwem maturalnym, wręczanie łapówek za zwolnienie ze służby wojskowej oraz kupowanie głosów w wyborach samorządowych w 2002 roku. Zaraz po wyjściu na wolność dostał pracę ratownika w miejskiej pływalni. W Starachowicach rządziło wówczas SLD. Po przejęciu rządów przez Wojciecha B. Markowi B. działo się jeszcze lepiej. Z czterema wyrokami na karku uczy młodych starachowiczan nurkowania, dostał mieszkanie w podlegającym gminie TBS-ie, awansował na gospodarza kąpieliska na Lubiance i koordynatora pracujących tam ratowników.
Lubianka to ulubione miejsce letniego wypoczynku Wojciecha B. Bawił się tam w najlepsze w gronie tzw. baseniarzy, jak w 2003 roku nazwano ludzi trzymających władzę w Starachowicach. To obecnie jego najbliżsi kumple. Lubianka stanowi ich główną bazę latem. Zimą bawią się głównie na wybudowanym już za rządów B. krytym basenie. A ciągle młody prezydent bardzo lubi się bawić, w urzędzie i mieście krążą barwne opowieści o jego umiłowaniu do mocnych napojów i płci przeciwnej.
- Ale co niedziela, jako przykładny mąż i ojciec, szedł do kościoła z żoną i dziećmi. Siadał w pierwszej ławce - opowiada mieszkaniec Starachowic z tej samej co prezydent parafii. Na stronie miasta nadal możemy o B. przeczytać: "Jest domatorem. Najlepiej czuje się wśród rodziny. Z domu wyniósł zasadę, że młody człowiek musi pracować i mieć w życiu cel (...). Głównym jego celem jest wykształcenie dzieci i wychowanie ich zgodnie z polską tradycją. To dla nich chce zmieniać nasz kraj i nasze miasto".
Św. Barbara i pączki
Ale nie tylko B. się w Starachowicach bawił. Za namową kumpli z Lubianki w mieście organizowane były pikniki z prezydentem, na początek i koniec wakacji, a także przy innych okazjach mieszkańcy mogli za darmo skosztować kiełbaski, na dzieci czekały słodycze. W tłusty czwartek ludzie B. rzucali pączkami w napierający tłum. Podczas sylwestra pod gwiazdami B. nie wylewał za kołnierz i wyjątkowo dobrze się bawił. - Ale ludziom to nie przeszkadzało. Uznali, że swój chłop, bo wypił - mówi pragnący zachować anonimowość obserwator rozwoju kariery B. Dodaje, że takimi imprezami prezydent przysporzył sobie zwolenników w mieście, bo jego poprzednicy byli sztywniakami i nic takiego nie robili.
- Z jednej strony doradzało mu środowisko sportowo-rozrywkowe, z drugiej patriotyczno-kościółkowe - zwraca uwagę nasz rozmówca. I wylicza, że dzięki temu drugiemu św. Barbara została patronką Starachowic, w mieście odbywały się rekonstrukcje wydarzeń historycznych, uporządkowane zostały miejsca pamięci narodowej, kombatanci dostawali medale i poczuli się docenieni. Zwolenników B. przybywało, chociaż jego udział w patriotyczno-religijnych imprezach był ograniczony. - Jak występował bez kartki, to tylko witał i dziękował. Nie lubił chodzić między ludzi, zwykle wysyłał sekretarza. Zdecydowanie lepiej czuł się na imprezach sportowo-rozrywkowych - podkreśla nasz informator.
W 2010 roku B., już bez poparcia PiS, a nawet zwalczany przez część tej partii związaną z posłem Lipcem, nie miał najmniejszych problemów z wyborem na drugą kadencję. Kontrkandydatów znokautował już w pierwszej turze, zdobywając 13272 głosy (64,13 proc.). Żaden ze świętokrzyskich prezydentów nie miał takiego poparcia, choć w przeciwieństwie do niego mieli programy, wizje rozwoju miast i znacznie większe osiągnięcia.
- Tępy, niedoświadczony, ale odważny. Nie bał się zrobić porządku z tzw. Manhattanem i zlikwidował obskurne targowisko. Wybudował dla kupców halę, no i ten basen, który dzięki niemu został specjalnie pogłębiony do nurkowania. Poza tym liczne mikroinwestycje, skwery, parkingi, alejki. Tu kawałek nowego chodnika, tam coś pomalowane. Ludzie odnieśli wrażenie, że miasto się odmieniło - tłumaczy tajemnicę wyborczego sukcesu B. baczny obserwator jego działalności. Działacz PiS i były bliski współpracownik B. zwracają też uwagę na bardzo drogą kampanię wyborczą. - Wszędzie billboardy, specjalny autobus. To z pewnością kosztowało - mówi jeden z nich.
1
2
następne »
- 16 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
9 głosów
-
Jak zacznie mówić, to dopiero będzie afera
plantin
17.02.12, 06:39
czy to nie dowodzi że obecna "klasa polityczna" jest nawet gorsza od poprzedniej ? Gdzie tu jest miejsce na etykę i moralność radnych, którzy stali murem za skorumpowanym prezydentem nawet »
-
Jak B. zacznie mówić to dopiero będzie afera!
lukkamin
17.02.12, 12:45
Wszyscy sie na niego uwzieli. To spisek grubymi nicmi szyty. A on taki dobry i przystojny. W kosciele zawsze w pierwszej lawce siedzi. I za jego urzedowania i festyny kolorowe byly, i »
-
Co za odwaga red. Kędrackiego !!!
q3000
17.02.12, 17:07
Znalazł "informatora" i sypie rewelacjami jak z rękawa. Ciekawe ile z tego będzie musiałodszczekać po procesie. Fajnie jest tak poznęcać się nad kimś gdy nie odbyła się jeszczeani jedna »
Najczęściej czytane24 htydzień




więcej zdjęć
