Kilku byłych pracowników kieleckiego supermarketu E. Leclerc w ostatnich dniach dostało wezwania do zapłaty wystawione przez ich byłego pracodawcę. Sumy są niemałe - od kilkuset do nawet ponad 2 tys. zł. Plus odsetki. Kwoty zależą od wysokości odszkodowania, jakie pracownicy wywalczyli w sądzie pracy.
Sytuacja jest kuriozalna, bo wszystko wskazuje na to, że to przez to, że w wyroku sądu zabrakło jednego słowa: "brutto".
- To zaniedbanie ze strony sądu, na sto procent - mówi Marcin Zajączkowski, dyrektor supermarketu E. Leclerc w Kielcach.
Pierwszy przypadek - Dagmara Chmielewska. Odeszła z E. Leclerca wiosną 2007 r., kilka miesięcy po otwarciu sklepu w Kielcach. Nie wytrzymała pracy po nocach, w weekendy i święta, bez dodatkowego wynagrodzenia. Po długim procesie, 24 lutego br. sąd przyznał jej 7 tys. 554 zł odszkodowania. I 30 czerwca tyle pieniędzy wpłynęło na jej konto. - To nie tyle, ile żądałam, ale było z czego się cieszyć, pospłacałam długi. Czekałam na taki zastrzyk gotówki - wspomina Chmielewska. Ale w środę odebrała list polecony od spółki Kielcedis (ona zarządza marketem E. Leclerc) z wezwaniem do zapłaty 1 tys. 717 zł wraz z odsetkami, w ciągu siedmiu dni. "W przypadku nieuregulowania ww. kwoty w oznaczonym terminie sprawę przekażemy bez ponownego wezwania na drogę postępowania sądowego" - ostrzega w piśmie spółka.
Skąd ta kwota? W wyroku, jaki zapadł w Wydziale Pracy i Ubezpieczeń Społecznych Sądu Rejonowego w Kielcach, sędzia nie zaznaczył, czy odszkodowanie to kwota brutto, czyli czy pracodawca musi jeszcze od tego odprowadzić składkę ZUS i zaliczkę na podatek dochodowy. Więc spółka Kielcedis te obciążenia pokryła, po czym wystąpiła do sądu o wykładnię wyroku. I ten sam sędzia przyznał w niej na początku listopada, że zasądzone odszkodowanie to kwota brutto. Chmielewska powinna więc otrzymać na rękę nie 7,5 tys., ale ok. 5,6 tys. zł. Pozostała część odszkodowania powinna iść na ZUS i podatek.
W takiej samej sytuacji znalazło się jeszcze kilku innych byłych pracowników E. Leclerca, którzy wywalczyli w sądzie odszkodowania. Były informatyk musi zwrócić ok. 2,5 tys. zł, pracownica działu mięsnego 356 zł.
- Niby 356 zł to nie tak dużo, ale ja nie mam takich pieniędzy teraz, przed świętami. A jeszcze odsetki? Ile ich będzie? To niesprawiedliwe - mówi pani Ewa.
- Dlaczego mamy płacić za niedbałość sądu? Skąd ja teraz wezmę 2 tys. zł? Nie mam takich oszczędności - irytuje się Chmielewska.
Zadzwoniła do księgowości Kielcedis, aby się dowiedzieć, ile tych odsetek będzie. - Usłyszałam, że mam płacić za każdy dzień, od dnia kiedy dostałam przelew, do dnia kiedy ureguluję ten zwrot. Poradzono mi, żebym sobie przepisów sama poszukała - mówi Chmielewska.
Kielcedis powołuje się na art. 405. kodeksu cywilnego, który mówi o obowiązku zwrotu pieniędzy, które ktoś uzyskał "z tytułu bezpodstawnego wzbogacenia". - Z naszej strony nie ma żadnej złośliwości - zapewnia dyrektor Zajączkowski.
Chcieliśmy wiedzieć, czy poszkodowani muszą płacić byłemu pracodawcy odsetki w tej sytuacji, czy mogą liczyć na jakąkolwiek satysfakcję ze strony sądu i czy takich nieprecyzyjnych wyroków w podobnych sprawach mogło być więcej. Sędzia Marcin Chałoński, rzecznik Sądu Okręgowego w Kielcach, obiecał wyjaśnić sprawę i odpowiedzieć w ciągu kilku dni.
RAMKA
Śledztwo trwa
O niewolniczej pracy w hipermarkecie E. Leclerc pisaliśmy jako pierwsi w marcu 2007 r. Po naszym artykule Państwowa Inspekcja Pracy potwierdziła część zarzutów, ponad połowa załogi przekraczała dozwolony ustawowo czas pracy. Kilku byłych pracowników wywalczyło odszkodowania w sądzie pracy. A Prokuratura Rejonowa Kielce Zachód prowadzi dochodzenie w sprawie uporczywego łamania praw pracowniczych w tym sklepie. W październiku wznowiła je po zawieszeniu na czas trwania spraw w sądzie pracy.
Źródło: Gazeta Wyborcza Kielce